Dlaczego nie wierzę w dom „na całe życie”

Jest takie zdanie, które słyszałem chyba częściej niż wszystkie inne. „Budujemy dom na całe życie.” Za każdym razem zastanawiam się, co właściwie ono oznacza.

Czy chodzi o to, że dom ma przetrwać pięćdziesiąt albo sto lat? Jeżeli tak, to większość współczesnych technologii jest w stanie to zapewnić. A może chodzi o to, że przez całe życie nie będziemy chcieli niczego zmieniać? W to już uwierzyć znacznie trudniej.

Dom się nie zmienił. Zmieniło się życie ludzi w nim mieszkających

Pamiętam małżeństwo, które przyszło do mnie z bardzo dokładnie przygotowaną listą oczekiwań. Dom miał mieć pięć sypialni, dwa gabinety, dużą garderobę i osobny pokój zabaw dla dzieci. Wszystko było dobrze przemyślane. Przynajmniej tak wtedy nam się wydawało.

Kilka lat później spotkaliśmy się przypadkiem. Dzieci były już nastolatkami. Pokój zabaw od dawna stał pusty. Jeden z gabinetów zamienił się w magazyn rzeczy, których szkoda było wyrzucić. Najczęściej używanym pomieszczeniem okazała się kuchnia z niewielkim stołem, przy którym codziennie spotykała się cała rodzina.

Patrzyłem na ten dom i pomyślałem, że nie zmienił się ani o centymetr. Zmieniło się życie ludzi, którzy w nim mieszkali.

Zakładamy, że projekt pozostanie niezmienny — ale sami się zmieniamy

To właśnie dlatego coraz ostrożniej używam określenia „dom na całe życie”. Ono sugeruje, że jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłość. A przecież każdy z nas wie, że tak nie jest.

Kiedy miałem trzydzieści lat, inaczej wyobrażałem sobie codzienność niż dzisiaj. Inne rzeczy były dla mnie ważne, inaczej pracowałem, inaczej odpoczywałem. Podejrzewam, że za kolejne dwadzieścia lat znowu będę patrzył na dom trochę inaczej. Dlaczego więc zakładamy, że projekt powinien pozostać niezmienny?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie powinniśmy projektować domów na całe życie. Powinniśmy projektować domy, które potrafią godnie się starzeć. To jest ogromna różnica. Dobry dom nie próbuje zatrzymać czasu. On zostawia miejsce na jego upływ.

Pytania, których dwudziestolatkowie prawie nigdy sobie nie zadają

Nie chodzi tylko o możliwość przestawienia ściany czy połączenia dwóch pokoi. To znacznie szersze myślenie. Czy parter będzie wygodny również wtedy, kiedy wchodzenie po schodach stanie się trudniejsze? Czy pokój dziecka będzie mógł kiedyś stać się pokojem gościnnym? Czy gabinet można zamienić w sypialnię? Czy dom będzie równie wygodny dla dwojga ludzi, kiedy dzieci wyprowadzą się wiele lat później?

To są pytania, których dwudziesto- albo trzydziestolatkowie prawie nigdy sobie nie zadają. I trudno się temu dziwić. W tym wieku nikt nie chce myśleć o starzeniu się. Rolą architekta jest jednak patrzeć trochę dalej. Nie dlatego, że jest mądrzejszy. Dlatego, że widział już wiele historii.

Schody, które codziennie przypominają, ile mamy lat

Pamiętam starszego pana, który oprowadzał mnie po swoim domu. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na schodach. – Wie pan – powiedział – kiedy je budowałem, wydawały mi się piękne. Spojrzał na stopnie i po chwili dodał: – Dzisiaj codziennie przypominają mi, ile mam lat.

To było jedno z tych zdań, które zostają w głowie na długo. Nie mówił o architekturze. Mówił o życiu.

Od tamtej rozmowy znacznie częściej zastanawiam się, jak projektować domy, które będą towarzyszyć swoim mieszkańcom przez kolejne etapy życia, zamiast zmuszać ich do szukania nowego miejsca, kiedy zmieni się ich sprawność albo potrzeby.

Myślę, że właśnie na tym polega odpowiedzialność architekta. Nie projektujemy przecież budynku na dzień odbioru. Projektujemy miejsce, w którym ktoś będzie przeżywał swoje sukcesy, porażki, narodziny dzieci, rodzinne święta i chwile, o których dzisiaj jeszcze nic nie wie. Nie mamy wpływu na to, jak potoczy się jego życie. Mamy jednak wpływ na to, czy dom będzie mu w tym życiu pomagał, czy zacznie przeszkadzać.

I być może właśnie dlatego przestałem wierzyć w dom na całe życie. Znacznie bardziej wierzę w dom, który potrafi razem z nami dojrzewać.

Zobacz też