Projekt gotowy czy indywidualny?

Nie pamiętam, ile razy usłyszałem to pytanie. Musiały to być setki rozmów. „Panie Adamie, czy naprawdę warto robić projekt indywidualny? Przecież gotowych projektów są tysiące. Pewnie znajdzie się coś podobnego”.

Za każdym razem odpowiadam, że oczywiście się znajdzie. Tak samo jak znajdzie się garnitur w odpowiednim rozmiarze. Albo buty. Albo kuchnia z ekspozycji.

Dom nie jest ani garniturem, ani meblem

Problem polega na tym, że dom nie jest ani garniturem, ani meblem. Nie kupujemy go na kilka sezonów. Nie wymieniamy po pięciu latach na nowszy model. To miejsce, w którym będą dorastały dzieci, będą odbywały się rodzinne święta i do którego, mam nadzieję, będzie się wracało z przyjemnością nawet po wielu latach.

Dlatego zawsze dziwi mnie, że tak wiele osób zaczyna od przeglądania katalogów projektów, zamiast od zastanowienia się, jak naprawdę chce żyć.

Piętnaście minut i lista zmian

Rozumiem, skąd to się bierze. Gotowy projekt wydaje się prostym rozwiązaniem. Wystarczy wybrać ten, który najbardziej nam się podoba, kupić dokumentację i rozpocząć budowę. Wszystko wygląda szybko i rozsądnie. Sam kiedyś myślałem, że to może być dobra droga.

Z czasem zauważyłem jednak pewną powtarzającą się prawidłowość. Większość gotowych projektów podoba się ludziom przez pierwsze piętnaście minut. Później zaczyna się lista zmian.

Tutaj przydałoby się większe okno. Kuchnia mogłaby być trochę bardziej otwarta. Przy wejściu brakuje garderoby. Schody zajmują za dużo miejsca. Gabinet jednak powinien znaleźć się na parterze. Taras lepiej byłoby przenieść na drugą stronę.

Po kilku tygodniach okazuje się, że projekt, który miał być gotowym rozwiązaniem, wymaga kilkunastu zmian. Każda z nich wydaje się niewielka. Problem polega na tym, że architektura działa jak organizm. Zmiana jednego elementu niemal zawsze wpływa na kolejne.

Wyciągnięta nitka

Przesuwamy okno, a konstrukcja wymaga korekty. Zmienia się konstrukcja, więc inaczej przebiegają instalacje. Przesuwamy ścianę, a nagle okazuje się, że dach nie ma już takich proporcji jak wcześniej. Niewielkie decyzje zaczynają wywoływać kolejne konsekwencje.

To trochę jak wyciągnięcie jednej nitki z dobrze uszytego swetra. Na początku wydaje się, że nic się nie stanie. Po chwili okazuje się, że cały układ przestaje działać tak, jak został zaprojektowany.

Nie chcę przez to powiedzieć, że gotowe projekty są złe. Znam wiele bardzo dobrze narysowanych domów. Powstały z myślą o konkretnych potrzebach i dla wielu rodzin będą wystarczająco dobre. Problem pojawia się wtedy, kiedy próbujemy dopasować człowieka do projektu, zamiast projekt do człowieka.

Każdy inaczej rozumie słowo „wygodny”

Przez lata projektowałem domy dla ludzi wykonujących bardzo różne zawody. Rozmawiałem z lekarzami, przedsiębiorcami, nauczycielami, pilotami, muzykami i rodzinami prowadzącymi gospodarstwa rolne. Na pierwszy rzut oka wszyscy chcieli tego samego — wygodnego domu. Po kilku godzinach rozmowy okazywało się jednak, że każdy z nich zupełnie inaczej rozumie słowo „wygodny”.

Dla jednych najważniejsza była kuchnia, bo życie rodzinne toczyło się właśnie wokół niej. Dla innych najcenniejszym miejscem był gabinet, w którym mogli zamknąć drzwi i przez kilka godzin spokojnie pracować.

Pamiętam rodzinę, która niemal całą decyzję o budowie domu podporządkowała temu, żeby dzieci mogły samodzielnie wybiegać do ogrodu. Z kolei pewne małżeństwo, którego dzieci dawno wyprowadziły się z domu, marzyło o czymś dokładnie odwrotnym. Chcieli niewielkiej przestrzeni, którą łatwo będzie utrzymać i która pozwoli im więcej podróżować niż sprzątać.

Który z tych domów był lepszy? Żaden. Każdy był dobry dla swoich właścicieli.

Zanim narysuję pierwszą linię, rozmawiam

Dopiero kiedy to zrozumiałem, przestałem zaczynać projektowanie od rysowania. Najpierw rozmawiam. Pytam o codzienność. O poranki. O to, kto pierwszy wychodzi z domu i kto wraca ostatni. Czy ktoś pracuje wieczorami. Czy gotowanie jest obowiązkiem, czy przyjemnością. Czy dom ma być miejscem spotkań z przyjaciółmi, czy raczej azylem, w którym można odciąć się od świata.

Z zewnątrz może wyglądać to dziwnie. Ktoś przychodzi po projekt domu, a architekt przez godzinę prawie nie mówi o architekturze. Tyle że właśnie wtedy projekt już powstaje. Nie na ekranie komputera. W głowie.

Wartość projektu indywidualnego

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że największą wartością projektu indywidualnego nie jest to, że dom będzie niepowtarzalny. Nie o wyjątkowość tutaj chodzi. Chodzi o to, że wszystkie późniejsze decyzje mają wspólne źródło. Wynikają z rozmowy, z potrzeb i z życia konkretnej rodziny.

Dom przestaje być zbiorem przypadkowych pomysłów. Zaczyna opowiadać historię swoich mieszkańców.

I być może właśnie dlatego po tylu latach nadal lubię projektować od pustej kartki. Nie dlatego, że nie potrafię korzystać z gotowych rozwiązań. Wręcz przeciwnie. Korzystam z nich niemal codziennie. Każdy kolejny projekt jest przecież sumą doświadczeń zdobytych przy poprzednich realizacjach.

Nigdy jednak nie chciałem projektować dwóch identycznych domów dla dwóch różnych rodzin. Bo choć dom można powtórzyć, życia, które będzie się w nim toczyło, skopiować się nie da.

Zobacz też